przed siebie
czwartek, 07 maja 2009
you treat me like i'm a princess, i'm not used to liking that...
w zasadzie nie mam nic nowego do powiedzenia poza tym, że jestem tak szczęśliwa, że to aż nieprzyzwoite (oraz monotonne dla słuchaczy - ostatnio podczas rozmowy z Pi chyba ze 20 razy wygłosiłam kwestię "no wiesz, a w ogóle to faaajnie jest...").
mój bojfrend jest do pojutrza wyjechany do zimnych krajów, ale okazuje się, że znalazł sposób zdalny, żeby mnie rozpuszczać i traktować jak księżniczkę... trochę się od tych wszystkich dobrych rzeczy płoszę, bo nie jestem przyzwyczajona, ale owszem, baaardzo i coraz bardziej mi się to podoba :)))


czwartek, 30 kwietnia 2009
orkiestra dęta robi nam pa-pa-ra-ra...
szłam sobie dziś placem zamkowym w warszawie, gdzie odbywała się próba przed defiladą wojskową z okazji długiego weekendu. w jednej części placu stali ci panowie, którzy mają równo maszerować, a w drugiej - ci panowie, co mają maszerować i grać. ja szłam sobie jakoś pomiędzy i oto, co usłyszałam:
pan zarządzający grupą maszerującą: kompaniaaa-za mnąąąą-marsz!
grupa grająca: zaczyna nieśmiało robić pa-pa-ra-ra
pan zarządzający grupą grającą (z rozpaczą w głosie): ale k**wa, zagrajcie to w końcu równo!!!

niedziela, 19 kwietnia 2009
Milano, here I come!
wyjechalam do mediolanu STOP bede za tydzien STOP moj ukochany tez jest we wloszech ale nie bedziemy sie widziec bo on pojechal na narty a wiadomo ze narty to samo zlo a snieg jest zimny i mokry STOP oraz HOWGH
środa, 15 kwietnia 2009
nadal wiosna :)
jestem zakochana. z wzajemnością. jest mi dobrze i nie mam kiedy pisać bloga :)
a w niedzielę jadę na tydzień do Mediolanu! (niestety bez M...)
piątek, 03 kwietnia 2009
jednak wiosna
chyba już dawno tak bardzo nie cieszyłam się z przyjścia wiosny. zima była bardzo ciężka i bardzo długa w tym roku - i to pod wieloma względami. ale jednak w końcu jest wiosna i to tak absurdalnie piękna, że aż nie mam gdzie pomieścić całego mojego zachwytu :)
dzisiaj byłam na przepięknym spacerze w lasku bielańskim. jestem gapa i nie wzięłam aparatu, ale za to napatrzyłam się do woli :)
a do tego od kilku dni z okazji moich urodzin dostaję najkochańsze życzenia i prezenty od wspaniałych osób. jestem wielką szczęściarą.
środa, 18 marca 2009
:(
Dziś w wieku 20 lat i 9 miesięcy zmarł mój Kot.
Pewnym pocieszeniem jest dla mnie fakt, że z wyjątkiem ostatnich kilku dni życia był w dobrej formie, nie chorował i nie cierpiał. Do końca - mimo że pod koniec nie dosłyszał, był chudziutki i miał trochę zesztywniałe stawy, cieszył się posłuchem wśród naszych pozostałych kotów i potrafił pogonić bez trudu psa dziadków (wiele razy większego od siebie). Kiedy jeszcze wychodził z domu, był mistrzem w polowaniu na krety (spróbujcie kiedyś ręcznie złapać kreta siedzącego w kretowisku - to chyba jedna z trudniejszych sztuk jakie widziałam w życiu). Osobiście - do spółki z moją siostrą - przywiozłam go z wakacji dawno, dawno temu i muszę stwierdzić, że od początku, nawet jako mały kociak, wykazywał się zdecydowanym charakterem (czytaj: był paskudnym kocurem i wszyscy go za to kochali). Wiem, że miał długie i przyjemne życie, że do końca otoczony był opieką i że miał lekką śmierć. Ale i tak jest mi bardzo smutno.
piątek, 13 marca 2009
zębata vol. 2
podtytuł: Ale o co chodzi?

Już o tu pisałam kiedyś o tym, jak to mi się naiwnie wydawało, że vagina dentata to jedna z tych fobii, która zanikła w narodzie jakoś w okolicach modernizmu i jak to okazuje się, że jednak nie. no i dziś miałam kolejny przykład. otóż przy okazji spaceru z Pi i Groszkiem natknęłam się na ulicy na takiego jednego pana, z którym kiedyś bardzo niezobowiązująco się randkowałam. z randkowania nic nie wyszło - i żeby była pełna jasność: z tego co wiem, do żadnych krzywd i uraz/ów przy tej okazji nie doszło i rozeszliśmy się w atmosferze wzajemnej życzliwej obojętności. otóż tenże pan, widząc mnie dziś na ulicy - i zdaje się, że jak najbardziej rozpoznając, wyminął mnie manewrem typu "idę w zaparte i udaję, że cię w ogóle nie zauważyłem", co wyszło nie do końca zgrabnie i elegancko, zwłaszcza, że potem się oglądał przez ramię... nie to, żeby mi to czyniło jakąś różnicę, ale za Chiny Ludowe nie mogę dojść, po co i o co to wszystko.
z kolei w Krakowie był taki jeden barman, z którym któregoś wieczora nie nawiązałam intymnych kontaktów, bo wygadał się, że ma dziewczynę, więc darowałam sobie dalej posuniętą integrację. efekt był taki, że potem przez długie miesiące, ilekroć mnie widział, nurkował za bar udając, że wcale go tam nie ma i wcale mnie nie widzi... i tak dalej, i tak dalej - pewnie jeszcze kilka takich historii bym sobie przypomniała.
otóż zastanawia mnie w tym wszystkim, o co u licha właściwie chodzi??? czego koleś, któremu od ponad roku nie poświęciłam jednej myśli, którego bynajmniej nie nękam telefonami, mailami ani żadnymi napadami uczuć, może się bać z mojej strony podczas przypadkowego spotkania w miejscu publicznym? jedno wytłumaczenie, które przychodzi mi do głowy jest takie, że moi Byli-Niedoszli* żywią przekonanie, że jeśli tylko pozwolą na takie spoufalenie się jak powiedzenie mi "cześć", natychmiast rzucę się na nich ze szlochem wykrzykując "nie opuszczaj mnie" (w takim razie gratuluję wygórowanego zdania na własny temat). drugie wytłumaczenie, które widzę: jestem potworem i sam mój widok wprawia w popłoch (w takim razie podziwiam ich wielką odwagę, skoro wcześniej się ze mną z własnej nieprzymuszonej woli umawiali)...
_______
* Były-Niedoszły/Była-Niedoszła to w moim słowniku jak najbardziej oficjalna nazwa oznaczająca, jak łatwo się domyślić, kogoś, z kim się spotkałam/spotykałam i wydawało się, że coś z tego może być, ale skończyło się na niczym (zazwyczaj na skutek spadku zainteresowania jednej lub obu stron).
sobota, 07 marca 2009
ręce precz od misia
przeczytane na "na mieście zasłyszane": KLIK!
śliczne i rzecz jasna wszystkimi łapkami się pod tym podpisuję.
wtorek, 17 lutego 2009
nie ma mnie tu, bo mam życie pełne wrażeń
ostatnio byłam bardzo zajęta:
1) zmienianiem miejsca pracy w trybie ekspresowym - jak w poniedziałek zaczęłam rozsyłać CV, to w piątek byłam już przyjęta w trzy miejsca, więc mogłam troszkę powybrzydzać ;-) generalnie robię to, co poprzednio, tylko gdzie indziej...
2) adaptowaniem się w nowym miejscu - trafiłam do firmy, gdzie panuje duuży luz, więc cały zeszły tydzień poświęciłam przyzwyczajaniu się do takiego środowiska pracy (aż dziw, ale trudno się oswoić: w mojej poprzedniej instytucji co dzień zrywałam się o 6 rano, żeby być w biurze na punkt 8mą, a jak za mało się wykazywałam, to na ekranie mojego komputera pojawiały się ostrzegawcze wiadomości od szefowej. Natomiast tutaj przychodzę sobie jak mi wygodnie, a mój obecny szef rozpoczął wdrażanie mnie do pracy pierwszego dnia od słów: "OK, zacznijmy od rzeczy zasadniczych: tu trzymamy kubki, tu robimy sobie herbatę, a tu jest nasza sofa".). jak już się całkiem przestanę płoszyć, to przyniosę do biura mój prywatny kubeczek :-)
3) przejmowaniem się, ekscytowaniem i szczerzeniem się jak głupia, ponieważ tydzień temu zostałam ciocią!
słowem, mam życie pełne wrażeń i częściej bywam na jawie niż w internecie, co chyba nie jest takim złym objawem...
środa, 28 stycznia 2009
przymiarki do emerytury
dziś byłam chwilowo bezrobotna - mój aktualny pracodawca to firma trochę niezborna i czasem (często?) zdarza im się źle rozplanować czynności: poprzednio było to kończenie trzech różnych projektów na teraz-zaraz-przedwczoraj, za to teraz, kiedy wszystko dzielnie pokończyliśmy, okazało się, że nie mamy co robić i właściwie to lepiej by było, gdybyśmy w środę do pracy nie przychodzili... Na cześć tego wydarzenia wyspałam się w końcu (normalnie muszę wstawać o szóstej) oraz poleciałam do biblioteki nabrać sobie różnych nowych książek. Niestety już połowę z nich zdążyłam przeczytać, taka na przykład Gretkowska skończyła mi się po dwóch godzinach używania...
Z innych przyjemności pseudo-intelektualnych, dojechałam jakiś czas temu do finału miasteczka twin peaks (chyba pierwszy od kilku lat serial, który obejrzałam do końca, o czym już tu obszernie wspominałam). został mi jeszcze do kompletu tylko film kinowy, ale trochę się wzdragam przed obejrzeniem go, bo podobno straszna chała i bez poczucia humoru...
wniosek z mojego jednodniowego bezrobocia jest pocieszający - jak już będę na emeryturze, to będę mogła tak codzienne, a w promieniu pięciu minut spacerem od domu mam cztery świetnie zaopatrzone biblioteki, w tym dwie za darmo wypożyczają też filmy, więc starczy mi na długo.
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 11